Na bakier z sekretami.
O mnie słów kilka.
Jestem, wbrew pozorom, cieszącą się każdym dniem dwudziestoośmioletnią właścicielką kota i kilkunastu kwiatów doniczkowych. Hehehe, uśmiecham się patrząc w metryczkę. Czas biegnie nieubłaganie, chociaż jeszcze brak siwych włosów do zatwierdzenia. Zmarszczki i lekki cellulit, bez większego afiszu, dają o sobie znać, nie budząc konieczności energochłonnego unicestwiania. Pomyśleć, że jeszcze niedawno ganiałam się z rówieśnikami, z wielkim, ciężkim tornistrem na plecach, po parku przed szkołą. Jak dziś pamiętam zatłoczoną serię autobusów o 7 rano. Raz nawet drzwi jednego nie chciały wypuścić, z uścisku sympatii lub też objęć zawiści, moich stylowych białych adidasków. Dzisiaj zapewne, wychodząc w nich, świeciłabym kiczem... ale wtedy - aaahhh - to był lans. Czasy liceum... określiłabym mianem "pogromu pomarańczowych glanów". Patrząc na zdjęcia nie wygladałam na wytapetowanego szkieletora. Nie bratałam się z fryzjerem i kosmetyczką, a chłopaków traktowałam jak dobrych kumpli do gry w piłkę. Studia wybrałam naćpana ideałami o świecie wyimaginowanym. No cóż... Magistra mam. I nawet lubiłam swój zawód, przez aż kilka pierwszych lat zaangażowania pełnym sercem, dopóki nie walnęłam w twardy mur rzeczywistości, a potem jeszcze - tak na dokładkę - nie zostałam skopana przez jej wierną służbę. A więc... abstrahując od tych biograficznych skrótów.
Co tu robię? Zaczynam przygodę z upublicznianiem swoich, pachnących i mniej pachnących, codziennych brudów. Postanowiłam zrobić solidną eskalację samej siebie i zweryfikować życiowe priorytety. Od dłuższego czasu znajduję się w próżni własnych przekonań i celów. To dość niepożądany stan. Aczkolwiek podążając za słowami Siddhartha Gautamy "Życie to nie problem, który trzeba rozwiązać, tylko rzeczywistość, której należy doświadczyć", to chyba nienadzwyczajny fakt. Po burzach i powodziach wydarzeń staram się, tlącymi w sercu resztkami miłości do samej siebie, pozbierać rozbryzgane kawałki kręgosłupa. Wyznaczyłam sobie 366-dniowy okres rekonwalescencji. Zobaczymy jak mi pójdzie. Staram się być dobrej myśli. Gruntowne porządki wskazane są na płaszczyźnie damsko-męskiej, własnego Ja, marzeń, pasji, wiary. Św. Augustyn kiedyś powiedział "Gdzie Bóg jest na pierwszym miejscu, tam wszystko jest na swoim miejscu", dlatego też każdy dzień zaczynać będę od Różańca. Domyślam się, że dla niektórych to kropla w ocenie, a dla innych jakiś dewocjonalny wybryk. Jednak dla kogoś, kto przez prawie dwa lata był na bakier z Bogiem, to dość spore poczynanie. Małymi krokami do sukcesu. Jest jeszcze jedna dość ważna sprawa. Ze względu na pasmo nieudanych przebojów z osobnikami płci męskiej, narzucam sobie roczny celibat. Hmmm... nooo przy moim temperamencie i bulgoczących gejzerach hormonów, skazuje się na nie lada wysiłek. Podobno cel uświęca środki (chyba powinnam sobie to wyszyć na każdej parze majtek, hihi). Chcę, bowiem odbudować zdrowe podejście do mężczyzn, którzy w chwili obecnej pokazali mi się od pasożytniczej strony swojej natury. Zapewne obrzuciliby mnie obelgami i obraźliwymi frazesami, gdybym nie wspomniała, że wina leży po obu stronach - powiedzmy, że można przyjąć taką ewentualność. Co prawda dżentelmeni i honorowi rycerze to gatunek na wymarciu, ale postram się głęboko wierzyć, że ewaluacja mężczyzn nie uwsteczniła się do poziomu jaskiniowców. Cichaczem liczę na to, że w ogromie ziemskich istot spotkam wyjątkowego osobnika z drogocennym zlepkiem cech. Co do moich wzniosłych postanowień, to będę częściej eksperymentować w kuchni częściej niż przy okazji świąt, postaram się wyszperać ciekawe egzemplarze literatury z księgarń, antykwariatów lub przydworcowych stoisk oraz regularnie zacznę uprawiać sport. Dobra, koniec tego monologu. Ogłaszam wszem i wobec, na wypadek jakichkolwiek wątpliwości, że owy blog jest moją osobistą plażą odpływów i przypływów. Mam zamiar po 366 dniach dzielnego, wytrwałego i samodzielnego zmierzania się z rzeczywistością, zastąpić niefrasobliwe trampki niekonwencjonalnymi szpilkami.
O mnie słów kilka.
Jestem, wbrew pozorom, cieszącą się każdym dniem dwudziestoośmioletnią właścicielką kota i kilkunastu kwiatów doniczkowych. Hehehe, uśmiecham się patrząc w metryczkę. Czas biegnie nieubłaganie, chociaż jeszcze brak siwych włosów do zatwierdzenia. Zmarszczki i lekki cellulit, bez większego afiszu, dają o sobie znać, nie budząc konieczności energochłonnego unicestwiania. Pomyśleć, że jeszcze niedawno ganiałam się z rówieśnikami, z wielkim, ciężkim tornistrem na plecach, po parku przed szkołą. Jak dziś pamiętam zatłoczoną serię autobusów o 7 rano. Raz nawet drzwi jednego nie chciały wypuścić, z uścisku sympatii lub też objęć zawiści, moich stylowych białych adidasków. Dzisiaj zapewne, wychodząc w nich, świeciłabym kiczem... ale wtedy - aaahhh - to był lans. Czasy liceum... określiłabym mianem "pogromu pomarańczowych glanów". Patrząc na zdjęcia nie wygladałam na wytapetowanego szkieletora. Nie bratałam się z fryzjerem i kosmetyczką, a chłopaków traktowałam jak dobrych kumpli do gry w piłkę. Studia wybrałam naćpana ideałami o świecie wyimaginowanym. No cóż... Magistra mam. I nawet lubiłam swój zawód, przez aż kilka pierwszych lat zaangażowania pełnym sercem, dopóki nie walnęłam w twardy mur rzeczywistości, a potem jeszcze - tak na dokładkę - nie zostałam skopana przez jej wierną służbę. A więc... abstrahując od tych biograficznych skrótów.
Co tu robię? Zaczynam przygodę z upublicznianiem swoich, pachnących i mniej pachnących, codziennych brudów. Postanowiłam zrobić solidną eskalację samej siebie i zweryfikować życiowe priorytety. Od dłuższego czasu znajduję się w próżni własnych przekonań i celów. To dość niepożądany stan. Aczkolwiek podążając za słowami Siddhartha Gautamy "Życie to nie problem, który trzeba rozwiązać, tylko rzeczywistość, której należy doświadczyć", to chyba nienadzwyczajny fakt. Po burzach i powodziach wydarzeń staram się, tlącymi w sercu resztkami miłości do samej siebie, pozbierać rozbryzgane kawałki kręgosłupa. Wyznaczyłam sobie 366-dniowy okres rekonwalescencji. Zobaczymy jak mi pójdzie. Staram się być dobrej myśli. Gruntowne porządki wskazane są na płaszczyźnie damsko-męskiej, własnego Ja, marzeń, pasji, wiary. Św. Augustyn kiedyś powiedział "Gdzie Bóg jest na pierwszym miejscu, tam wszystko jest na swoim miejscu", dlatego też każdy dzień zaczynać będę od Różańca. Domyślam się, że dla niektórych to kropla w ocenie, a dla innych jakiś dewocjonalny wybryk. Jednak dla kogoś, kto przez prawie dwa lata był na bakier z Bogiem, to dość spore poczynanie. Małymi krokami do sukcesu. Jest jeszcze jedna dość ważna sprawa. Ze względu na pasmo nieudanych przebojów z osobnikami płci męskiej, narzucam sobie roczny celibat. Hmmm... nooo przy moim temperamencie i bulgoczących gejzerach hormonów, skazuje się na nie lada wysiłek. Podobno cel uświęca środki (chyba powinnam sobie to wyszyć na każdej parze majtek, hihi). Chcę, bowiem odbudować zdrowe podejście do mężczyzn, którzy w chwili obecnej pokazali mi się od pasożytniczej strony swojej natury. Zapewne obrzuciliby mnie obelgami i obraźliwymi frazesami, gdybym nie wspomniała, że wina leży po obu stronach - powiedzmy, że można przyjąć taką ewentualność. Co prawda dżentelmeni i honorowi rycerze to gatunek na wymarciu, ale postram się głęboko wierzyć, że ewaluacja mężczyzn nie uwsteczniła się do poziomu jaskiniowców. Cichaczem liczę na to, że w ogromie ziemskich istot spotkam wyjątkowego osobnika z drogocennym zlepkiem cech. Co do moich wzniosłych postanowień, to będę częściej eksperymentować w kuchni częściej niż przy okazji świąt, postaram się wyszperać ciekawe egzemplarze literatury z księgarń, antykwariatów lub przydworcowych stoisk oraz regularnie zacznę uprawiać sport. Dobra, koniec tego monologu. Ogłaszam wszem i wobec, na wypadek jakichkolwiek wątpliwości, że owy blog jest moją osobistą plażą odpływów i przypływów. Mam zamiar po 366 dniach dzielnego, wytrwałego i samodzielnego zmierzania się z rzeczywistością, zastąpić niefrasobliwe trampki niekonwencjonalnymi szpilkami.
Panna Zołzowatość
dn. 366

Komentarze
Prześlij komentarz