Kochaj-wybaczaj-ufaj-żyj
Siedząc dzisiaj w pracy, uciekłam w chwilową ciszę i tkwiłam w wewnętrznej pustce, która towarzyszy mi już od paru dni. Wpatrywałam się w ścianę zdobioną kolorowymi arcydziełami przedszkolaków, nie mając lepszego punktu zaczepienia. Nie czułam, nie myślałam, nie rozumiałam. Odcięłam się w bezradności i braku sił na kolejne zmierzenie się z osobistą piwnicą.
Ostatnie kilka tygodni, a dokładnie około sześciu, spędziłam na spotkaniach z niezwykłą osobą, wyjątkową kobietą i niezaprzeczalnie przyjacielem od pierwszego spojrzenia, Eweliną Stępnicką. Warsztaty były intensywne, niełatwe i wzmagające szczerego stawienia się oko w oko z samym sobą. Obejmowały przestrzeń ciała, umysłu i ducha, zachęcając i pomagając nam w odkrywaniu cudu, jakim jesteśmy. To była niezwykła podróż w głąb siebie. Przypominała to, co dawno zamiecione pod dywan, wciśnięte w najdalsze zakamarki piwnicy. To właśnie tam skrywa się nasza podświadomość, zapomnienie, ta niechciana część nas. Niechciana, trudna, ciężka, skomplikowana, słaba. Jednak mimo chaosu i zagubienia, który za sobą niesie skonfrontowanie się z całą paletą traum, ran i błędów naszej przeszłości, spotkanie się z nią wyzwala, ubogaca i nadaje życiu bezpieczniejszy bieg. Dzielnie stawiałam się każdego dnia do bliższego poznania swojej duszy. Przekazywane treści nie były mi obce, dlatego tym odważniej i chętniej poddawałam się kolejnym zadaniom, zgłębiającym odrzuconą rzeczywistość. Otwierałam się coraz bardziej na siebie i świat, chcą odkrywać, budować, tworzyć.
Warsztaty dobiegały końca, a mój entuzjazm opadał, łagodność i spokój ustępowały miejsca poczuciu zagubienia, niepewności i niezrozumienia. Nie oczekiwałam takiego obrotu sytuacji. Chociaż starałam się nie ulec, narastającemu w mojej głowie, spustoszeniu, to miałam wrażenie, że jestem na wirującej karuzeli, która burzy pogodę ducha oraz rodzi plątaninę niespójnych myśli i uczuć. Nie potrafiłam się w tym odnaleźć. Im bardziej nie rozumiałam, tym bardziej czułam się dezorientowana i niezmotywowana. Bo przecież już tyle wiem, a nagle cała ta wysprzątana i dobrze zagospodarowana piwnica w jednej sekundzie wali mi się na łeb. Na samą myśl, że trzeba porządki od początku, popadłam w niemoc, niechęć i zastygłam gdzieś pod gruzami poniekąd opanowanego wewnętrznego świata. Nie chciałam więcej patrzeć na rozpromienione i pełne miłości oczy mentorki, która jeszcze do niedawna była inspiracją. Trafiłam na nią całkiem przypadkiem, po tym jak dłuższy czas wypatrywałam wzbudzającego mojego zaufanie i sympatie wzoru do naśladowania. Od początku potrafiłam wyjść do niej z uwagą, ciekawością i zaangażowaniem. Ona natomiast potrafiła dotrzeć do serca drugiego człowieka swoją autentycznością, otwartością i serdecznością oraz życiowym doświadczeniem i mądrością. Rozpaliła we mnie zapał do działania i rozbudzenia dawno zapomnianych marzeń i talentów. Nie umiałam zapanować nad rodzącym się we mnie twórczym tchnieniem. Chciałam się temu poddać. Nie wiedziałam, w którym kierunku to poprowadzić albo czy nie lepiej ulec jego prowadzeniu.
Z każdym dniem to pragnienie narastało i sączyło się nieustannie w myśli i słowie. Jednak wciąż nie czułam się godna i wystarczająca, by oddać się temu, co krzyczy do mnie od środka. Kulminacją bezradności, braku wiary w siebie i niewiedzy była kapitulacja. Wolałam pozostać głucha, ślepa i nieczuła na wewnętrzne bombardowanie niespokojnych wizji, ideałów i możliwości. Dni stały się zwyczajne, ciche, puste. Byłam, lecz nie z sobą i nie dla siebie. Po prostu jadłam, spałam, pracowałam. Kołowrotek się toczył. Nie potrafiłam, chociaż bardzo chciałam. Chciałam, lecz nie wiedziałam jak. Wegetowałam i to zabijało mnie od środka. Byłam ptakiem w otwartej klatce, któremu oddano wolność. On osłupiały, odrętwiały stał na skraju. Jeden oddech, jedno rozprostowanie skrzydeł, jeden sus w przestworza, by mógł nareszcie być w pełni sobą. Nie miał pojęcia, jak odlecieć i wzbić się ponad horyzont, by oddać hołd swojemu przeznaczeniu i naturze. Marzył, tęsknił, a teraz gdy już nic nie stoi na przeszkodzie on nadal śpi.
Siedziałam, bo cóż ciekawszego miałabym robić. Pozostało mi odnajdywać sensu i kolorów życia w pozornie szarej codzienności . Uśmiechałam się w sobie i do świata, chociaż w głębi towarzyszyło mi niespełnienie i nadmiar zaprzepaszczonych szans. W jednej chwili ukazało mi się przed oczami mojej duszy wyraźne i zdecydowane: "Ufaj". Wygrawerowane głęboko, przypominało o sobie w najmniej oczekiwanym momencie. Po prostu, tylko lub aż ufaj! Tam, gdzie moje możliwości się kończą, wkracza Bóg. Ta myśl napełniła mnie spokojem i radością, a potem posypały się dowody Jego opieki nade mną.
Jednym z ważniejszych był telefon od mamy, z którą parę dni temu doszło do nieprzyjemnej wymiany zdań. Dzisiaj w przeciągu całego dnia szukałam odpowiedniej chwili, żeby do niej zadzwonić i zapytać, czy mnie kocha mimo wszystko. Ucieszyło mnie wyświetlone na pulpicie telefonu połączenie od niej. W momencie odebrałam i na bezdechu powiedziałam jej, że cały dzień chciałam się do niej odezwać..."Bardzo Cię kocham, mimo wszystko, chociaż czasami mi się wydaje, że Ty mnie jeszcze nie lubisz lub wręcz nienawidzisz". Rozmowa trwała dłuższy czas, ale już w pierwszej minucie przekazałyśmy sobie najwięcej. Kochaj-wybaczaj-ufaj-żyj.
Ostatnie kilka tygodni, a dokładnie około sześciu, spędziłam na spotkaniach z niezwykłą osobą, wyjątkową kobietą i niezaprzeczalnie przyjacielem od pierwszego spojrzenia, Eweliną Stępnicką. Warsztaty były intensywne, niełatwe i wzmagające szczerego stawienia się oko w oko z samym sobą. Obejmowały przestrzeń ciała, umysłu i ducha, zachęcając i pomagając nam w odkrywaniu cudu, jakim jesteśmy. To była niezwykła podróż w głąb siebie. Przypominała to, co dawno zamiecione pod dywan, wciśnięte w najdalsze zakamarki piwnicy. To właśnie tam skrywa się nasza podświadomość, zapomnienie, ta niechciana część nas. Niechciana, trudna, ciężka, skomplikowana, słaba. Jednak mimo chaosu i zagubienia, który za sobą niesie skonfrontowanie się z całą paletą traum, ran i błędów naszej przeszłości, spotkanie się z nią wyzwala, ubogaca i nadaje życiu bezpieczniejszy bieg. Dzielnie stawiałam się każdego dnia do bliższego poznania swojej duszy. Przekazywane treści nie były mi obce, dlatego tym odważniej i chętniej poddawałam się kolejnym zadaniom, zgłębiającym odrzuconą rzeczywistość. Otwierałam się coraz bardziej na siebie i świat, chcą odkrywać, budować, tworzyć.
Warsztaty dobiegały końca, a mój entuzjazm opadał, łagodność i spokój ustępowały miejsca poczuciu zagubienia, niepewności i niezrozumienia. Nie oczekiwałam takiego obrotu sytuacji. Chociaż starałam się nie ulec, narastającemu w mojej głowie, spustoszeniu, to miałam wrażenie, że jestem na wirującej karuzeli, która burzy pogodę ducha oraz rodzi plątaninę niespójnych myśli i uczuć. Nie potrafiłam się w tym odnaleźć. Im bardziej nie rozumiałam, tym bardziej czułam się dezorientowana i niezmotywowana. Bo przecież już tyle wiem, a nagle cała ta wysprzątana i dobrze zagospodarowana piwnica w jednej sekundzie wali mi się na łeb. Na samą myśl, że trzeba porządki od początku, popadłam w niemoc, niechęć i zastygłam gdzieś pod gruzami poniekąd opanowanego wewnętrznego świata. Nie chciałam więcej patrzeć na rozpromienione i pełne miłości oczy mentorki, która jeszcze do niedawna była inspiracją. Trafiłam na nią całkiem przypadkiem, po tym jak dłuższy czas wypatrywałam wzbudzającego mojego zaufanie i sympatie wzoru do naśladowania. Od początku potrafiłam wyjść do niej z uwagą, ciekawością i zaangażowaniem. Ona natomiast potrafiła dotrzeć do serca drugiego człowieka swoją autentycznością, otwartością i serdecznością oraz życiowym doświadczeniem i mądrością. Rozpaliła we mnie zapał do działania i rozbudzenia dawno zapomnianych marzeń i talentów. Nie umiałam zapanować nad rodzącym się we mnie twórczym tchnieniem. Chciałam się temu poddać. Nie wiedziałam, w którym kierunku to poprowadzić albo czy nie lepiej ulec jego prowadzeniu.
Z każdym dniem to pragnienie narastało i sączyło się nieustannie w myśli i słowie. Jednak wciąż nie czułam się godna i wystarczająca, by oddać się temu, co krzyczy do mnie od środka. Kulminacją bezradności, braku wiary w siebie i niewiedzy była kapitulacja. Wolałam pozostać głucha, ślepa i nieczuła na wewnętrzne bombardowanie niespokojnych wizji, ideałów i możliwości. Dni stały się zwyczajne, ciche, puste. Byłam, lecz nie z sobą i nie dla siebie. Po prostu jadłam, spałam, pracowałam. Kołowrotek się toczył. Nie potrafiłam, chociaż bardzo chciałam. Chciałam, lecz nie wiedziałam jak. Wegetowałam i to zabijało mnie od środka. Byłam ptakiem w otwartej klatce, któremu oddano wolność. On osłupiały, odrętwiały stał na skraju. Jeden oddech, jedno rozprostowanie skrzydeł, jeden sus w przestworza, by mógł nareszcie być w pełni sobą. Nie miał pojęcia, jak odlecieć i wzbić się ponad horyzont, by oddać hołd swojemu przeznaczeniu i naturze. Marzył, tęsknił, a teraz gdy już nic nie stoi na przeszkodzie on nadal śpi.
Siedziałam, bo cóż ciekawszego miałabym robić. Pozostało mi odnajdywać sensu i kolorów życia w pozornie szarej codzienności . Uśmiechałam się w sobie i do świata, chociaż w głębi towarzyszyło mi niespełnienie i nadmiar zaprzepaszczonych szans. W jednej chwili ukazało mi się przed oczami mojej duszy wyraźne i zdecydowane: "Ufaj". Wygrawerowane głęboko, przypominało o sobie w najmniej oczekiwanym momencie. Po prostu, tylko lub aż ufaj! Tam, gdzie moje możliwości się kończą, wkracza Bóg. Ta myśl napełniła mnie spokojem i radością, a potem posypały się dowody Jego opieki nade mną.
Jednym z ważniejszych był telefon od mamy, z którą parę dni temu doszło do nieprzyjemnej wymiany zdań. Dzisiaj w przeciągu całego dnia szukałam odpowiedniej chwili, żeby do niej zadzwonić i zapytać, czy mnie kocha mimo wszystko. Ucieszyło mnie wyświetlone na pulpicie telefonu połączenie od niej. W momencie odebrałam i na bezdechu powiedziałam jej, że cały dzień chciałam się do niej odezwać..."Bardzo Cię kocham, mimo wszystko, chociaż czasami mi się wydaje, że Ty mnie jeszcze nie lubisz lub wręcz nienawidzisz". Rozmowa trwała dłuższy czas, ale już w pierwszej minucie przekazałyśmy sobie najwięcej. Kochaj-wybaczaj-ufaj-żyj.
Komentarze
Prześlij komentarz